piątek, 11 kwietnia 2014

Chapter Nineteen: “I'll be with you until the end, baby.”

Rozdział Dziewiętnasty: “Będę z tobą do końca, skarbie.”

~*~

            Dwa dni później Madeleine cały czas leżała w łóżku i nie mogła się nigdzie ruszać. Zdawała sobie sprawę, że wygląda jak siedem nieszczęść i niestety nic nie mogła z tym zrobić. Była pewna w stu procentach pewna, iż jej włosy są zupełnie przetłuszczone i niemalże czuła swój zapach. Kiedy przychodził do niej Louis chciała zapaść się pod ziemię. Nie mogła znieść świadomości, że ogląda ją w tak beznadziejnym stanie. Takie uczucia wydawały się dziewczynie dziwne i były dla niej zupełnie nie znane, więc nie wiedziała czy ma mu o nich powiedzieć. Ina po prostu nie chciała, żeby ją wyśmiał, to wszystko. Ugh! Życie jest pojebane.
          
         Usłyszała, jak drzwi do jej pokoju otwierają się, a staną w niech nie kto inny, jak Tomlinson. Zmierzyła go wzrokiem od góry do dołu i mimowolnie uśmiechnęła się widząc, co trzyma w dłoniach. Pokręciła głową na tyle, na ile mogła, obserwując, jak podchodzi do krzesełka, na którym przesiaduje codziennie, od kiedy ona leży w szpitalu. Ten w odpowiedzi tylko poszerzył uśmiech na swojej twarzy i położył na szafce obok pluszowego miśka w kształcie motoru. Kiedy zobaczył, jak chce coś powiedzieć skorzystał z okazji, podniósł się i mocno ją pocałował. Czekał na ten moment od kiedy tylko wstał, więc teraz Madi może już nawet się na niego wydrzeć.

- Miałaś coś mówić. – podrzucił brwiami, podsuwając się do łóżka i chwytając jej dłoń w swoje. Cały czas patrząc na twarz szatynki pocałował dziewczynę w każdy palec po kolei, a na sam koniec przejechał ustami po wszystkich.

- Wariat. – mruknęła pod nosem, cały czas nie mogąc zebrać swoich myśli. Zamknęła na chwilę oczy, odliczając w myślach do dziesięciu, żeby się opanować i z powrotem popatrzyła na chłopaka. – Chce ci się tutaj znów siedzieć? – podniosła jedną brew do góry.

- Z tobą? Zawsze. – przewróciła oczami. Bardzo chciała wierzyć w jego słowa, ale coś jej na to nie pozwalało.

- I tak wiem, że Niall ci każe. – mruknęła, odwracając wzrok. Jego tęczówki jakby ją parzyły. Usłyszała jego ciche westchnienie i szelest, kiedy się podniósł. Poczuła dłonie na twarzy, a chwile potem znajdowała się z nim twarzą w twarz. Poczuła przyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa.

- Niall jeszcze śpi. Tak samo, jak cała reszta. – powiedział prosto w usta dziewiętnastolatki. Ona, jak w amoku, pokiwała głową, że rozumie. Pokręcił z dezaprobatą głową, składając na jej ustach delikatny pocałunek. – Jak stąd wyjdziesz będziemy musieli porozmawiać. – powiedział i znów chciał zająć swoje miejsce.

            Jednak Madeleine mu na to nie pozwoliła. Chwyciła jego dłoń i pociągnęła z całej siły w dół, dzięki czemu usiadł na białej pościeli. Zaśmiał się pod nosem i położył obok niej, starając nie dotknąć, albo nie pociągnąć żadnej kroplówki. Nie chciał sprawiać jej krzywdy, tylko sprawić żeby czuła się przy nim bezpieczna. Pomógł Madi podnieść się delikatnie do góry tak, żeby oparła się o niego i zaczął jedną dłonią gładzić ją po plecach.

- Wyglądam, jak siedem nieszczęść i do tego śmierdzę, a ty dalej chcesz ze mną przebywać i mnie dotykać. – mruknęła pod nosem, mocniej wtulając się w jego ramię i zamykając oczy.

- Przecież to nie z twojej winy, więc nie widzę problemu. – powiedział, odchylając jej głowę do 
tyłu i całując w czoło.

- Nie będziemy mieć kiedy poważnie porozmawiać, bo zamkną mnie w pudle. – wyszeptała, nie otwierając oczu, tylko mocniej je zaciskając. Usłyszała ciche westchnienie swojego towarzysza, który cały czas mocno ją obejmował.

- Powiedziałem ci już, że nie pozwolę, żeby cię tam wsadzili. – starł kciukiem pojedynczą łzę, która po woli spłynęła po jej policzku. Nie mógł patrzeć na to, jak płacze, bo jemu samemu od razu się na to zbierało.

            Ich chwilę przerwali lekarze, którzy kazali Louis ‘owi natychmiast opuścić łóżko chorej. Nie pomogło nawet tłumaczenie, że Madeleine jest tak wygodniej. Zrezygnowany chłopak podniósł się po woli, żeby niczego nie uszkodzić i od razu usiadł na metalowym krzesełku. Nie wyszedł nawet, kiedy mężczyzna w białym kitlu oznajmił badania. Oczywiście trzy razy pytał się dziewczyny, czy aby na pewno na to pozwala. W końcu jednak zrezygnował i zgodził się na wszystko, czego chcieli.

- Gips powinniśmy ściągnąć do czterech tygodni, ponieważ noga nie była bardzo połamana i nie musieliśmy nastawiać jej operacyjnie. – powiedział, wyciągając z ręki dziewczyny przedostatnią kroplówkę. – To, co ci zostawiłem, to tylko witaminy na wzmocnienie organizmu. Za jakiś tydzień będziesz mogła opuścić szpital. – uśmiechnął się delikatnie, skinął głową i opuścił pomieszczenie.

            Szatynka usiadła na łóżku i uważnie przyjrzała się swojej nodze. Nigdy jeszcze nie miała gipsu, oczywiście nie licząc dwóch razy, kiedy połamała ręce. Spuściła się po woli na podłogę, stając na niej niepewnie. Czuła, że Lou przygląda jej się uważnie, ale ona natychmiast musiała się umyć. Zlokalizowała kule, które znajdowały się w kącie pomieszczenia. Westchnęła ciężko, załamując ręce. Ona w tym stanie do końca życia tam nie zajdzie. Usłyszała śmiech, przez co od razu zmiażdżyła chłopaka spojrzeniem. Ten w odpowiedzi tylko pokręcił głową, podniósł się i szybko podszedł do Madi. Ostrzegł ją, żeby trzymała kroplówkę i nie czekając na nic innego podniósł ją do góry, nie czekając aż cokolwiek odpowie. Usłyszał jej ciche piśnięcie. W szybkim tempie przemieścił się z pokoju do łazienki. Oczywiście lekarze upominali go na korytarzu, ale i tak nie zwracał na nich uwagi. Odstawił ją dopiero, kiedy znaleźli się na miejscu.

- Ubrania. – powiedziała, opierając się dłońmi o wannę.

            Szatyn natychmiast zrozumiał, o co chodzi i już po minucie wrócił  z powrotem, a w rękach trzymał torbę z rzeczami dziewczyny. Ta w podziękowaniu uśmiechnęła się szeroko. Odkręciła kurki i przestawiła strumień wody na prysznic. Umyła się szybko i ubrała, po czym wysuszyła włosy. Kiedy skończyła uśmiechnęła się w kierunku chłopaka. Był tutaj przez cały czas. Przecież spała z nim, a swojego ciała również się nie wstydziła. Popatrzyła na niego, uśmiechając się blado. Kiwnął głową w kierunku kroplówki, którą zdążyła już z powrotem podpiąć, po czym wziął ją na ręce. Po drodze minęli Niall ‘a i resztę chłopaków z zespołu, którzy siedzieli na plastikowych krzesełkach.

- Chyba będę mieć więcej gości. – mruknęła pod nosem, obserwując jak grupka chłopaków podnosi się z siedzeń. Louis pokręcił głową, podchodząc do drzwi i blokując je swoim ciałem. Popatrzyła na niego, podnosząc wysoko jedną brew.

- Umówisz się ze mną na randkę, kiedy tylko wyjdziesz ze szpitala? – zapytał, uśmiechając się szeroko. Madeleine popatrzyła na niego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.

- Już ci mówiłam, że wsadzą mnie do pierdla. – obstawała przy swoim. Zauważyła kątem oka, a raczej usłyszała walenie do drzwi, że jej brat z całej siły chce dostać się do środka, jednak blokuje mu to ciało szatyna.

- Z tego co wiem nie musisz siedzieć na dołku, tylko możesz wykupić sobie przepustkę. – podniósł jedną brew do góry, uśmiechając się zadziornie. Madi pokiwała z dezaprobatą głową.

- Możesz wybierać datę i miejsce. – zaśmiała się, rozkładając się na łóżku i kładą ręce pod głową. Tomlinson odsunął się od drzwi, a kilka sekund potem do pokoju wpadł rozwścieczony blondyn.

- Co wy tutaj robicie? – warknął, na zmianę mierząc raz ją, a kolejny jego. Oboje popatrzyli na siebie szeroko uśmiechnięci.

- Nic. – odpowiedzieli równocześnie, wybuchając głośnym śmiechem.

środa, 9 kwietnia 2014

Chapter Eighteen: ” Trust.”

Rozdział Osiemnasty: „Zaufaj.”

~*~

            Do szpitala dojechał w zastraszająco szybkim tempie. Zaparkował motor przed głównym wejściem i prawie biegiem ruszył w kierunku oddziału, gdzie leży Madeleine. Po drodze zdążył zdjąć kask, tym samym odsłaniając rozcięty łuk brwiowy i zakrwawioną twarz. Usłyszał ciche westchnienia zupełnie obcych mu dziewczyn. Uśmiechnął się pod nosem. Widocznie lubią poobijanych BadBoy ‘ów. Pokręciła głową z dezaprobatą, ale jego rozbawienie szybko zniknęło, kiedy zobaczył chodzącego w te i z powrotem Liam ‘a z telefonem w dłoni. Podszedł do niego, odkładając kask na plastikowe krzesełko obok Zayn ‘a, trzymającego głowę między kolanami.

- Co jest? – zapytał przerażony. Przyjaciel nawet na niego nie popatrzył, tylko od razu jego wzrok powędrował w kierunku sali operacyjnej. Nogi pod Louisem się ugięły. Oparł się o ścianę, zsuwając po niej.

            Właśnie wtedy Payne na niego popatrzył Jego oczy powiększyły się do rozmiarów pięciozłotówek. Zaczął dokładnie przyglądać się twarzy przyjaciela i z niedowierzaniem kręcił głową. Wiedział, że jeśli mu na kimś zależy, to jest w stanie zrobić dużo, ale nigdy nie pomyślałby, że dla jakieś dziewczyny aż tak wiele. Kucnął przed nim, podnosząc jego głowę do góry za podbródek.

- Przeżył to? – zapytał Li, kręcąc głową szatyna. Ten w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami. Co prawda, kiedy on sam odchodził z tamtego miejsca to ten kretyn oddychał, ale przecież zostawił go z przyjaciółmi Madeleine, więc nic nie wiadomo.

            Jego rozmyślenia przerwało głośne piszczenie z sali operacyjnej. Głowa Louisa automatycznie powędrowała w tamtym kierunku, a oczy rozszerzyły do nienaturalnych rozmiarów i zaszły łzami. W myślach odliczał czas, przez jaki hałas wypełniał cały hol. Trzydzieści dwie sekundy. Dokładnie na tyle czasu przestało bić serce Madeleine. Zamarł, nie poruszając się w ogóle, tylko cały czas spoglądał w miejsce, gdzie znajduje się teraz Madi. On jej nie może stracić.

~*~

            Poczuła, jak ktoś trzyma ją za dłoń, jednak nie dane jej było nic widzieć. Zdziwiła się, ponieważ nie przebywała już w czarnej nicości. Poznała to po rażącym w oczy przez zamknięte powieki słońcu. Żyje? Zacisnęła mocno dłonie w pięści, całą siłę wkładając w to, żeby otworzyć oczy. Kiedy szatynce się nie udało i tak nie zrezygnowała. Zbyt wiele czekało na nią, żeby od tak po prostu się poddać bez walki. Wzięła głęboki oddech, ponawiając próbę, która tym razem przyniosła oczekiwany efekt. Popatrzyła w kierunku ciężaru, który w dalszym ciągu przygniatał jej dłoń. Uśmiechnęła się do siebie delikatnie widząc jego.

- Ręka mi drętwieje, Louis. – wychrypiała, krzywiąc się kiedy tylko usłyszała swój głos. Reakcja chłopaka była natychmiastowa. Poderwał się na metalowym krzesełku i zaczął rozglądać po pokoju zupełnie nie wiedząc, kto się do niego przed chwilą odezwał. – No już się nie rozglądaj, tylko popatrz w dół. – powiedziała z tą samą chrypką, co wcześniej, a uśmiech, który miała na ustach, powiększył się.

            Nie trzeba było mu powtarzać dwa razy. Niemalże natychmiast schylił się nad nią i złożył namiętny pocałunek na wargach dziewczyny. Odwzajemniła go bez chwili zastanowienia. Chciała się poruszyć, ale uniemożliwiały jej to kroplówki, których miała podpiętą całą masę. Lou na chwilę przerwał pieszczotę i uważnie przyjrzał się bladej, podrapanej twarzy Davies. Pokręcił z niedowierzaniem i dezaprobatą głową, ale nie był w stanie powstrzymać uśmiechu szczęścia. Położył delikatnie dłonie na jej policzkach, po raz kolejny wpijając się w usta szatynki. Cały czas nie mógł uwierzyć w to, że ona naprawdę się obudziła. Tak cholernie bał się przez to, że jego najmniejszy dotyk może sprawić, że obudzi się i znów będzie tak, jak godzinę wcześniej.

- Jesteś nienormalna, nieodpowiedzialna, głupia, pojebana i chora psychicznie. Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie przestraszyłaś. – powiedział, kiedy tylko odsunął się od niej. W odpowiedzi tylko zaśmiała się cicho, rozglądając z uwagą po całym pomieszczeniu.

- Która jest godzina, że jesteś tutaj tylko ty? – zapytała, z powrotem spoglądając na jego twarz. Szatyn wyjął telefon, żeby sprawdzić to o co pytała.

- Wpół do szóstej rano. – mruknął, podnosząc się z siedzenia, na które opadł zaledwie kilka sekund temu. – Idę po lekarza, żeby zbadał ci resztki mózgownicy. – wytłumaczył, czując na sobie pytający wzrok dziewiętnastolatki. Ona natomiast prychnęła cicho pod nosem na ostatnią uwagę.

            Nie musiała długo czekać, a na sali pojawił się siwawy, podstarzały mężczyzna w białym fartuchu. Skinęła mu lekko głową i bez słowa sprzeciwu dała zbadać. Wyjął jej jeden wenflonu, zmierzył ciśnienie i załatwił całą resztę, która musiał wiedzieć, po czym opuścił salę. Zagryzła dolną wargę widząc, jak do drzwi zmierza nie kto inny, jak Niall. Zdziwiła się, że go tutaj widzi. Na jego miejscu już dawno zostawiłaby kogoś takiego, jak ona sama. Blondyn po woli podszedł do krzesełka i usiadł na nim, chowając twarz w dłonie. Nie odzywała się – nie miała najmniejszego zamiaru. Nie chodziło już o to, żeby zrobić upierdliwemu bratu na złość. Po prostu chciała poczekać na jakieś konkretne pytanie z jego strony, ponieważ zupełnie nie wiedziała, co jak mogłaby rozpocząć ich konwersację. W końcu jednak chłopak postanowił się odezwać.

- Martwiłem się, naprawdę. – powiedział, chowając twarz w dłoniach. Zagryzła dolną wargę zupełni nie wiedząc, co mogłaby teraz zrobić. 

- Niall … - zawahała się. – Przepraszam. – powiedziała w końcu. Poczuła, jak do jej oczu napływają łzy. Już nawet swoich odruchów nie rozumie.

            Blondyn popatrzył na nią zdziwiony. Otworzył w niedowierzaniu usta i cały czas obserwował swoją przyrodnią siostrę z szokiem wymalowanym na twarzy. Odczekał chwilę, czy aby na pewno nie zacznie znów z niego kpić, że uwierzył w takie brednie. Jednak, kiedy nic takiego się nie stało, podszedł do niej wolnym krokiem i złożył delikatny pocałunek na czole dziewczyny. Musi teraz zrobić wszystko, żeby ich relacje wyglądały tak, jak powinny. Zawsze chciał mieć młodszą siostrzyczkę, którą mógłby bronić przed całym światem.

- Madeleine. Zgodzę się na twoje wyścigi i wszystko to, co chcesz robić, ale musisz zacząć traktować mnie jak człowieka. – powiedział, uśmiechając się delikatnie i ścierając słoną wodę z jej białych policzków.

- Ale musisz mi dać trochę czasu, bo zmienienie się nawet trochę nie będzie takie proste. – powiedziała, spuszczając wzrok. Nie wiedziała dlaczego, ale wydawało jej się, że wzrok brata parzy ją w twarz. Tak, jakby chciał zobaczyć czy mówi prawdę.

            Ich moment przerwały brawa, które dobiegały z wejścia do sali, w której się znajdowali. Od razu odwrócili się w tamtym kierunku. Madeleine zacisnęła zęby, rozpoznając mężczyznę w mundurze, który sprawił jej wątpliwą przyjemność i postanowił ją odwiedzić. Mierzyła go nienawistnym spojrzeniem, kiedy z szerokim uśmiechem na obleśnej twarzy zajął miejsce przy łóżku. Dobrze wiedziała, co go tak bardzo cieszy. W końcu ją dorwał. To już jest jej koniec. Teraz skończy w pudle na bardzo długo. Popatrzyła na Niall ‘a, a potem na drzwi, wysyłając mu niemą prośbę, żeby opuścił pomieszczenie. Nie chciała, żeby był przy tej rozmowie. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował, pokiwał głową i wyszedł do reszty.

- Co Davies, w końcu wpadłaś. – powiedział tryumfująco policjant. Ten sam, który od kilku lat chce jej udowodnić każdą zbrodnię świata tego. Zmierzyła go wzrokiem, po czym przewróciła oczami.

- Jestem niewinna. – powiedziała, podnosząc brwi wysoko. W odpowiedzi usłyszała głośny śmiech mężczyzny. Nic jednak nie powiedziała, żeby nie pogorszyć swojej sytuacji.

- O tym zdecyduje sąd, do którego trafisz zaraz po wyjściu z tego miejsca. – rozejrzał się dookoła, po czym wstał i skierował się do drzwi. – Nawet kasa braciszka cię nie uratuje. – dodał na odchodne.

            Szatynka zamknęła oczy, odliczając do dziesięciu. Jej dłonie z całej siły zacisnęły się na pościeli. Kiedy to nic nie pomogło zaczęła krzyczeć na cały oddział. Nie przestała nawet wtedy, gdy do pokoju wpadło pięciu lekarzy. Zaczęli ją uspokajać, ale to zupełnie nic nie dawało, a jeszcze bardziej pogarszało sprawę. Dopiero Louis zdołał ją uciszyć. Nie zważając na protesty wszystkich dookoła podszedł do dziewczyny i po prostu ją pocałował. W momencie, kiedy miał pewność, że znów nie zacznie krzyczeć, odsunął się do dziewczyny.

- Co tutaj się stało? – zapytał zdziwiony Niall. Lekarze, mrucząc pod nosem coś o policjantach, opuścili pomieszczenie, zostawiając Madi z blondynem i Tomlinson ‘em.

- Za jakieś kilka tygodni będziesz mnie odwiedzał w więzieniu. – mruknęła pod nosem, nie otwierając oczu.

- Że co? – zapytał głupio Lou. Nic z tego nie rozumiał.

- Ten gościu, to policjant z Mullingar, który usiłuje mnie udupić od dobrych kilku lat. Teraz w końcu jego marzenie się spełni. – chociaż sama wypowiadała te słowa, to i tak jeszcze nie była w stanie w nie uwierzyć.

- Nie pozwolimy im na to. –stwierdził twardo Horan, patrząc prosto w oczy siostry. Dziewczyna w odpowiedzi zaśmiała się bez humoru.

- Niall, on się nie będzie pytał. Jestem pewna, że Mark wystąpi w moim procesie jako świadek.

- Wtedy zginie.

- Nie Lou. Tak w ogóle co ci się stało w twarz?

- Nic, co mogłoby się zainteresować.

- Akurat.

- Słyszałem.

- Ja nadal tutaj jestem.

- I miałeś słyszeć.

- Naprawdę go zabiję z chłopakami, jeśli dalej będzie się w to mieszał.

- No świetnie, nawet najlepsi przyjaciele są przeciwko mnie.

- Są za tobą.

- Poczekajcie chwilę, pójdę po popcorn!

- Zamknij się! – krzyknęli równocześnie, patrząc prosto na niego.

- Madeleine, nie pójdziesz do więzienia. – zapewnił Lou i opuścił pomieszczenie, żeby już się z nią dalej nie kłócić. 

sobota, 5 kwietnia 2014

Chapter Seventeen: „Keeping the promise to be one of the priorities.”

Rozdział Siedemnasty: “Dotrzymanie obietnicy powinno być jednym z priorytetów.”
~*~

            Obserwowała, jak zapłakana postać kobiety znika w przestrzeni. Powiedziała wszystko to, co już dawno chciało ujrzeć światło dzienne, więc nie powinna żałować. Dlaczego jest inaczej? Położyła się na plecach, podkurczając kolana i zasłaniając twarz dłońmi. Zaczęła piszczeć w czarną przestrzeń, żeby rozładować większość skumulowanych w sobie emocji. Zacisnęła palce na włosach, nie przerywając wcześniejszej czynności, ponieważ po woli zaczęła przynosić oczekiwane efekty. Szczerze żałowała, że nie ma pod ręką czegoś, co mogłaby rozpieprzyć. W końcu dookoła zapanowała cisza sprzed pojawienia się w tym cholernym miejscu mamy Madeleine. Westchnęła ciężko, przekręcając się na bok. Tak bardzo chciała, żeby w końcu dane jej było jakkolwiek działać, bo ta bezczynność zaczyna ją strasznie przytłaczać.

            Nagle poczuła delikatny uścisk na dłoni. Automatycznie podniosła się do siadu, oglądając wspomnianą część ciała. Bardzo się zdziwiła, ponieważ wydawało jej się, że jest tutaj sama. Automatycznie zaczęła kręcić głową na wszystkie możliwe strony, żeby znaleźć jakiś ślad, że jednak ktoś również przebywa właśnie w tej nicości. Jednak ta czynność tylko utwierdziła ją w pierwotnym przekonaniu. Zamknęła oczy, kiedy tylko dotyk przeniósł się na policzek. Gdzieś już go kiedyś czuła, tylko nie może sobie przypomnieć, gdzie. Otworzyła szeroko oczy, gdy wyczuła ślad po bliźnie na wewnętrznej stronie słoni, która ją dotykała. Miała pewność, że to Louis! Natychmiast poderwała się na równe nogi.

- Tomlinson, masz mnie stąd wyciągnąć! – krzyknęła czując, jak łzy znów zaczynają spływać po jej policzkach. Chciała, żeby ją usłyszał i pomógł. Dał ostatnią szansę.

            Dziewczyna po raz kolejny wylądowała na kolanach. Nie miała już siły na nic. Chciała naprawić swoje błędy. Załkała głośno, opierając się na dłoniach, wyciągniętych przed siebie. Nagle wszystko zaczęło przed jej oczami ciemnieć, a w sercu poczuła ogromną pustkę. Tak, jakby straciła wszystko, co dla niej ważne. Czy tak właśnie wygląda śmierć?

~*~

            Usłyszał, jak jedna z maszyn strasznie głośno piszczy, co wybudziło go ze snu. Poruszył się z grymasem na twarzy, ale nie otworzył oczu. Dopiero, kiedy poczuł uściska na ramieniu, a zaraz potem jakaś siła odciągnęła go od dziewczyny, uchylił powieki. Chciał zabić kogoś, kto zabiera go od jego Madeleine. Jednak jego twarz przybrała zdziwienie, kiedy wyciągnęli go z sali siłą; natychmiast. Obrzucił Zayn ‘a zdziwionym spojrzeniem, ale ten w odpowiedzi tylko kiwnął głową w kierunku szyby, za którą przebywała Davies. Od razu skierował twarz w tamtym kierunku. Zobaczył, jak grupka starszych mężczyzn stoi nad bladym ciałem dziewczyny i usiłuje przywrócić ją do życia.

            Kolana natychmiast się pod nim ugięły, jednak zdołał utrzymać równowagę i nie upadł na podłogę. Niestety, łzy i tak pojawiły się na twarzy chłopaka. Bał się o nią. Nie mógł jej teraz stracić, kiedy akurat zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu na niej zależy. Jeszcze żadna dziewczyna nigdy nie zdołała owinąć go sobie wokół palca, a wystarczy jedno słowo Madeleine i Louis może zrobić wszystko. Zaklął pod nosem uświadamiając sobie, że mógł się bardziej postarać, żeby wybić jej z głowy ten durny pomysł. Nawet, jeśli musiałby przykuć ją łańcuchami do krzesła i karmić, to powinien to zrobić, ale nie pozwolić na taką głupotę.

            Obiecał sobie, że będzie siedzieć na dupie w szpitalu i czekać, aż dziewczyna się obudzi, ale musiał natychmiast wyjść, bo wściekłość rozsadzała go od środka. Nie odpowiedział na żadne pytanie, z zestawu przyjaciół. Po prostu szybkim krokiem powędrował do windy, a kiedy znalazł się na parterze opuścił budynek, przeszukując swoją listę kontaktów. Musi się na kimś wyładować, a najlepiej żeby była to osoba, przez którą szatynka właśnie walczy o życie.

~ Mam nadzieję, że jeszcze nie opuściłeś Londynu. – powiedział do słuchawki, kiedy tylko David odebrał połączenie. Był w stu procentach pewny, że chłopak zdziwił się widząc, kto do niego dzwoni, ponieważ na początku nie usłyszał nawet głupiego „halo”, tylko zupełną ciszę, przerywaną raz na jakiś czas oddechem rozmówcy.

~ Nie mów, że chcesz iść razem z nami obić pysk Daniells ‘owi. – usłyszał w odpowiedzi. Odchrząknął, wsiadając do taksówki i podając adres podstarzałemu mężczyźnie, który od razu ruszył z miejsca.

~ Jak już pewnie zdążyłeś zauważyć Madeleine nie jest dla mnie obojętna. Zakochałem się w niej i nie pozwolę, żeby jakiś sukinsyn traktował ją w ten sposób. – powiedział pewny, dostając reprymendę od taksówkarza za słownictwo. Nie zwrócił jednak na to zupełnie uwagi, ignorując siwego mężczyznę.

~ Będziemy po ciebie z chłopakami za jakąś godzinę. Czekaj u siebie w domu. – chciał podać im adres, ale stwierdził że to bezsensowne, ponieważ i tak pewnie usłyszeli, jak mówi go taksówkarzowi, który tak swoją drogą właśnie zaparkował pod bramą.

            Zapłacił mu, od razu opuszczając pojazd i idąc w kierunku drzwi wejściowych. Musi natychmiast iść się umyć, bo (o zgrozo!) zaczyna czuć sam siebie. Nie zabierając ze sobą żadnych ubrań wszedł do łazienki, od razu zdejmując wszystkie ubrania, które wylądowały bezwarunkowo w koszu na pranie. Odkręcił kurki, a woda zaczęła spływać orzeźwiającym strumieniem po jego umięśnionym ciele. Zdecydowanie nie powinien rezygnować z prysznica.

            Chłopaki pojawili się przed jego bramą dokładnie o umówionej godzinie. Wyszedł do nich, dzierżąc w dłoniach czarny kask. Otworzył garaż, a kiedy był już w środku jego wzrok od razu powędrował w kierunku całkiem nowego ścigacza. Zdziwił się, że Madeleine go nie zauważyła, kiedy była tutaj w noc, kiedy uratował ją przed policją. Uśmiechnął się na samo wspomnienie szatynki. Potrząsnął głową, żeby wrócić do rzeczywistości i wyjechał z garażu. Kiwnął głową na trójkę towarzyszy, żeby ruszali. Sam trzymał się między nimi, żeby nie zgubić drogi.

            Przez cały czas myślał nad tym, czy dobrze robi. Przecież oni na pewno poradziliby sobie sami, a on może pogorszyć ich sytuację tym, że jest rozpoznawalny. Zacisnął na sekundę powieki, przypominając sobie, co obiecał Madeleine.

- Madeleine. – zaczął spokojnie, nie poruszając się nawet o milimetr. Davies przeszedł przyjemny prąd po kręgosłupie, kiedy usłyszała, jak wypowiada jej pełne imię. – Dobrze wiesz, że nie jestem w stanie ci tego zabronić. Zrobisz, jak będziesz uważała i ja musze to zaakceptować. – mruknął. Poczuł, jak Madi oplata go od tyłu. Jednak on musiał jeszcze coś powiedzieć. – Wiedz jednak, że jeżeli cokolwiek ci się stanie, to jako pierwszy znajde sukinsyna, który cokolwiek ci zrobił i własnoręcznie go zabiję. – zakończył.

            Wydawało mu się, że nigdy nie będzie musiał jej dotrzymywać, bo Davies wie, co robi, ale skoro już to powiedział, musi spełnić obietnicę. Nigdy nie zawiedzie Madi, nawet jeśli ona zapomniała o tym, co powiedział. Skręcił za chłopakami w obskurną ulicę. Jeszcze niedawno był tutaj z Zayn ‘em i miał nadzieję nigdy więcej nie wracać. Zatrzymał się, rozglądając dookoła. Nie miał pojęcia, po co przyjechali akurat w to miejsce, ale postanowił się nie odzywać i poczekać chwilę na odpowiedź. Zauważył, że tylko David schodzi z motoru i ściąga kas, poczym znika za jakimiś drzwiami. Sam również podniósł wizjer do góry i popatrzył na Gareth ‘a.

- My się jeszcze nie znamy. Jestem Allan. – powiedział jeden z ich trójki. Lou uśmiechnął się delikatnie, wyciągając w jego stronę otwartą dłoń.

- Louis. – odpowiedział.

- Lou, co cię tak naprawdę łączy z Madeleine? – zapytał po kilkusekundowej ciszy McColl. Dręczyło go to już od dłuższego czasu, więc musi się w końcu dowiedzieć prawdy. Tomlinson westchnął ciężko, spuszczając wzrok na kierownicę swojego motoru.

- Już sam nie wiem. Mam pewność co do tego, że zakochałem się w niej. Dzień, w którym pozwoliła mi uprawiać ze sobą seks jest najlepszym, jaki dotąd pamiętam. Gdybym tylko mógł, to zamieniłbym się z nią teraz na miejsca, żeby mogła robić to, co kocha. Jeszcze nigdy nie zależało mi aż tak bardzo na żadnej dziewczynie. Chciałbym, żeby była najszczęśliwszą dziewczyną na świecie nawet, jeśli nie moją. – czuł, że każde słowo było prawdziwe. Nie rozumiał, dlaczego miałby kłamać.

- Jest twoja. – powiedział Allan, obserwując jak zza drzwi wychodzi David. Wyraz jego twarzy nie mówił nic konkretnego.

- Gdzie są w Londynie jakieś stare magazyny? – zapytał, patrząc prosto na Lou.

            On jednak nic nie odpowiedział, tylko zasłonił oczy wizjerem i ruszył w miejsce, którego ten frajer nie miał prawa nawet odwiedzać. Zabrał tam Madeleine, bo wiedział, że i tak nikt tam nie uczęszcza. Miało to być ich odludzie, gdzie zawsze mogą pojechać bez strachu o to, że jakaś popaprana banda dziennikarzy ich dorwie. Teraz był wściekły. Nie zważając na niebezpieczeństwo dodał gazu, wymijając kolejne samochody. Dobrze wiedział, że jezdnia jest dość śliska po nocnym deszczu, ale nie mógł się przed tym powstrzymać. Włączył 
kierunkowskaz, skręcając w lewo.

(czcionka pochyła, to perspektywa Madeleine)

            Na środku pustego placu zauważył dwie sylwetki, które odwróciły wzrok w jego kierunku. Musieli usłyszeć warkot silnika. Louis nie zważając na to jednak zatrzymał pojazd i upewniając się, że reszta już parkuje za nim, podszedł do nich, ściągając po drodze kask i odrzucając go na bok. Usłyszał z tyłu, jak któryś z jego towarzyszy krzyczy „ten po prawej” i nie czekając na nic więcej rzucił się na wskazanego kolesia, powalając go na ziemię. Usiadł na jego miednicy, nogi układając po obu stronach jego ciała. Poczuł, jak ten drugi ciągnie go za ramiona, ale bardzo szybko zaprzestał tej czynności, najprawdopodobniej odciągnięty od niego siłą. Wymierzył pierwszy cios pięścią, prosto w twarz. Kostki trochę go zapiekły, ale nie zważał na to, oddając kolejne ciosy. Przewaga Louisa nie trwała długo ponieważ po chwili Daniells przewrócił go na plecy, uderzając w twarz. Poczuł ciepłą ciecz, spływającą po jego skroni.

            Z zamyślenia wyrwał ją rozdzierający ból głowy. Skrzywiła się, rozchylając lekko usta i siadając po turecku. Położyła po dwa palce na skroniach, kiedy zaczęło płynąć po nich coś ciepłego. Automatycznie przesunęła lewą dłoń przed oczy. Nie była w stanie pohamować pisku, widząc na nich swoją krew.

            Zaklął pod nosem, czując pieczenie lewej brwi. Zdawał sobie w pełni sprawę z tego, że jest rozcięta. Nie mógł teraz jednak nad tym myśleć, ponieważ jego przeciwnik podniósł się na równe nogi i z całej siły kopnął prosto w brzuch sprawiając, że Louis aż zwinął się z bólu.

            Jęknęła przeciągle, kładąc obie ręce na brzuchu. W jej oczach stanęły łzy i nie była w stanie poruszyć się nawet o kilka centymetrów, żeby nie odczuwać bólu. Nie rozumiała, co się dzieje. Kiedy nie była już w stanie utrzymać równowagi podparła się dłońmi o podłogę, na której już niemalże leżała.

            W ostatnim momencie podniósł się, unikając tym samym kolejnego ciosu. Splunął śliną, pomieszaną z krwią i obrzucił przeciwnika nienawistnym spojrzeniem. Ten uśmiechał się do niego tryumfująco, co tylko podniosło poziom adrenaliny w jego żyłach. Machnął na niego głową, żeby to on wykonał  kolejny ruch. Nie musiał długo czekać, a rzuciła się na niego z pięściami. Louis nie poruszając się prawie w cale złapał jego prawy nadgarstek i wygiął go na plecach do tyłu, obserwując grymas na twarzy.

            Zdziwiła się jeszcze bardziej, kiedy jej ciało opanowała dziwna chęć mordu. W dodatku skumulowała się ona na jednej osobie – Mark ‘u Daniells ‘ie. Owszem, chciała jego śmierci, ale zdążyła już zapomnieć o nim w całej tej pieprzonej nicości. Wzruszyła ramionami, już zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi.

- Jeszcze raz się do niej zbliżysz, a nie przeżyjesz nawet minuty dłużej na tym świecie. – warknął, pchając go z całej siły, przez co z głośnym jękiem opadł z powrotem na ziemię. Nie zważając na nic zaczął kopać go po brzuchu i innych częściach ciała. Był jakby w amoku – nie kontrolował swoich nóg. Przestał słyszeć błagania chłopaka o to, żeby przeżył. Liczyło się tylko to, co zrobił Madeleine. 

            Usłyszała ostatnią groźbę. Mało tego! Miała pewność, że padła ona z ust Louisa. Nie zdążyła jednak nic o tym pomyśleć, ponieważ czuła, jak powieki stają się coraz cięższe, a ciało opada na podłogę. Umarła czy wraca do żywych?

            Z transu wyrwał go dopiero dźwięk telefonu. Obrzucił swoją ofiarę badawczym spojrzeniem, a kiedy stwierdził, że chłopak nie jest w stanie nawet się poruszyć odebrał połączenie, nawet nie patrząc na to, kto dzwoni.

~ Louis, oni nie mogą przywrócić jej pracy serca. – usłyszał płaczliwy głos Niall ‘a. Poczuł mocne ukłucie w klatce piersiowej. Nie czekając na nic więcej wsiadł na motor, wcześniej mówiąc chłopakom, że jedzie do szpitala. Odpalił maszynę i odjechał, żeby jak najszybciej znaleźć się przy Madeleine. 

środa, 2 kwietnia 2014

Chapter Sixteen: “Mom tell you the truth.”

Rozdział Szesnasty: “Mama prawdę ci powie.”

~*~

            Czerń i pustka, to jedyne co ją w tej chwili otaczało. Twarz dziewczyny przyozdabiało jedynie całkowite zrezygnowanie. Znów jest w tym cholernym miejscu, z którego nie ma żadnej ucieczki. Może tylko wisieć w bezkresnej przestrzeni i czekać, aż w końcu odzyska całkowitą władzę nad wszystkimi swoimi kończynami. Chociaż … Czy aby na pewno tego chce? Przecież swoim życiem zniszczyła nie jedno inne. Niall, Zayn, przyjaciele z Mullingar, tata, Maura. Oni na pewno byliby szczęśliwi, gdyby teraz jej płuca oddały ostatnie tchnienie, a serce zaprzestało swojej pracy. Jednak najbardziej chodziło jej o Louisa. Już dawno zauważyła, że uczucie, jakim go obdarzyła jest zupełnie czymś innym, niż sympatia. Ona po prostu pierwszy raz się zakochała. Dlaczego wtedy go nie posłuchała i wzięła udział w tym cholernym wyścigu?! Przecie teraz mogłaby siedzieć z nim na kanapie i oglądać jakąś komedię, na którą i tak nie zwracaliby uwagi. Zamrugała kilkakrotnie, żeby przywołać w nicości obraz uśmiechającego się chłopaka. Westchnęła ciężko, kiedy obrazy z przeszłości zaczęły przewijać się w jej umyśle. Nie próbowała jednak ich zatrzymać; była na to zbyt słaba.

Mullingar, 30 października 2010 roku (kontynuacja wspomnienia)

- Nie ma czego opowiadać. Po prostu moi rodzice rozwiedli się, a tata ze mną przeprowadził tutaj, do Irlandii. Naprawdę pochodzę z Londynu, gdzie zostawiłam wszystko to, co kocham. Przed rozwodem też nie było kolorowo. Mama i ojciec na każdym kroku kłócili się o wszystko zapominając o tym, że mają dziecko. – powiedziała, nie patrząc na żadnego z nich. Nie miała w sobie na tyle odwagi.

- Hej, jak chcesz to możemy ci pokazać nowe rzeczy, które pokochasz! – wypalił chłopak z czarnymi włosami. – Najpierw trzeba się tylko poznać! Jestem Gareth, ten grubas to David, a trzeci ma na imię Allan. – mówił bardzo chaotycznie, czym wywołał szeroki uśmiech na twarzy dziewczyny.

- Nazywam się Madeleine Davies. – mruknęła cichutko, tak że ledwo co usłyszeli.
Londyn, 6 października 2014 roku

            Tak właśnie poznała chłopaków. Dalej ma im za złe, że od początku nie uwierzyli w prawdziwość jej słów, kiedy mówiła o swoim beznadziejnym życiu. Przecież nie każda piętnastolatka nie wie nic na jego temat. Z resztą, jak widać na załączonym obrazku ona wiedziała bardzo wiele, zbyt dużo. Odchyliła głowę do tyłu, zamykając powieki. Do dziś dnia dziękuje Bogu i wszystkim świętym za to, że ich wtedy spotkała. Jest niemalże pewna, że wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby nie oni. Mimo wszystko podobało jej się wszystko, co dotąd robiła.

            Nagle poczuła, jak dookoła niej robi się niewyobrażalnie zimno. Opatuliła swoje ciało rękami, pocierając dłońmi o ramiona, żeby choć trochę się ogrzać. Nie miała pojęcia, o co chodzi. Przecież, kiedy ostatnio po wypadku leżała w szpitalu nic takiego się nie stało. Po prostu bolała ją głowa i tyle. Gwałtownie odwróciła się w tył, gdy tyko zauważyła, jak cała przestrzeń zaczyna się rozjaśniać. Przymrużyła oczy widząc, kto zmierza w jej stronę. Mama. Poderwała się z kolan i zaczęła biec w kierunku kobiety, która czekała na nią z rozłożonymi rękoma. Rzuciła się na jej szyję ze łzami w oczach i szerokim uśmiechem, przyozdabiającym bladą twarz.

- Zawiodłam się na tobie, córeczko. – usłyszała w pewnym momencie. Odsunęła od siebie matkę, żeby popatrzyć prosto w jej błękitne oczy. Były przepełnione czymś, co mocno zakuło szatynkę – smutkiem i zawiedzeniem.

~*~

            Nie poszedł wczoraj do szpitala; nie był w stanie. Jeżeli tylko popatrzyłby na bezwładne, blade ciało dziewczyny, to od razu musieliby szykować łóżko i dla niego. On nie jest w stanie bez niej przeżyć. Właśnie siedział w swoim ulubionym, londyńskim barze i pił trzecie piwo z rzędu. Jego przyjaciele pojechali do szatynki i bardzo się z tego cieszył. Przynajmniej będzie mógł chwilę pomyśleć sam – w zupełnym spokoju. Poczuł, jak ktoś kładzie dłoń na jego udzie i zaczyna po woli sunąć nią do góry. Odwrócił się w kierunku niebieskookiej blondynki, która do twarzy miała przyklejony kokieteryjny uśmiech. Twarz dziewczyny przyozdabiały jedynie skąpe ciuchy, których tak naprawdę mogłoby w cale nie być. Przewrócił oczami nie zważając na nią. Była zupełnym przeciwieństwem Madeleine.

- Chodź ze mną, a zapomnisz o niej. – wymruczała mu do ucha, zatrzymując dłoń bardzo wysoko. Zmrużył oczy, przyglądając się uważnie jej wytapetowanej twarzy. Czy chciał zapomnieć?

            Bez ostrzeżenia wpił się w pełne wargi blondynki, nie zważając na choćby odrobinę delikatności. Załapał za oparcie krzesła i przysunął je bliżej siebie, kładąc jedną dłoń w talii dziewczyny, a drugą wplótł w długie włosy. Obserwował zadowoloną twarz dziwki, bo inaczej nie dało się jej nazwać. Wiedział, że sprawia niebieskookiej niesamowitą radość faktem, że udało jej się „wyłowić” kolejnego bezmyślnego głupca, który przyszedł tutaj tylko w jednym celu. Jednak, czy Louis był głupcem? Czy Tomlinson chciał zapomnieć o dziewczynie, która sprawiła, że zakochał się w niej? Przeniósł dłoń na odkryte plecy długowłosej. Poczuł, jak łapie go za rękę, a chwilę później zaczyna prowadzić w stronę pokoi. Nie protestował, był jak szmaciana lalka, którą można przestawiać z kąta w kąt. Wypełniał każde nieme polecenie dziewczyny.

            W pewnym momencie wprowadziła go do jakiegoś pustego pokoju, w którym znajdowało się tylko jedno łóżko. Z lubieżnym uśmiechem na ustach pchnęła Louisa tak, że zderzył się delikatnie plecami ze ścianą. Kilka sekund później obejmował już blondynkę, całując się z nią zachłannie. Jednak to nie było to, co czuł z Madeleine. Żadnych dreszczy, ciarek czy jakiegokolwiek innego uczucia, ale cały czas odwzajemniał pocałunek. Niebieskooka włożyła dłonie pod jego koszulkę i zaczęła ją po woli ściągać. Nie protestował, podnosząc ręce do góry. Pchnął ją na łóżko, obsypując dekolt drobnymi pocałunkami.

            I właśnie wtedy w jego umyśle pojawiła się Madeleine. Uśmiechnięta dogryzała Horan ‘owi, kiedy ten nie chciał jej na coś pozwolić i czerwieniał na twarzy, bo nie mógł sobie z nią poradzić. Każde wspomnienie szatynki sprawiało, że czuł bezwarunkowy uśmiech na twarzy, który mógłby tam pozostać na wieki. Serce i oddech przyspieszały pracy, a umysł wręcz przeciwnie – głupiał. Zamrugał kilkakrotnie, przypominając sobie zdjęcia motoru z porannej gazety. Był całkowicie zniszczony. Zacisnął mocniej powieki, sięgając ustami ucha dziewczyny pod nim.

- Przykro mi skarbie, nie chcę zapominać. – wymruczał, przygryzając jego płatek. Podniósł się z niej, odszukał swojej koszulki i szybko opuścił bar.

            Nie mógł, nie był w stanie zrobić tego Davies. Uczucie, jakim obdarzył dziewczynę było zbyt silne, żeby od tak po prostu zapomnieć o nim na te kilka godzin, a potem wrócić do poprzedniego stanu „wielkiego zakochania”, nie! On nie potrafił już dłużej bez niej wytrzymać! Przyspieszył kroku, po chwili biegnąc. Na cel obrał sobie tylko jedno miejsce – szpital. Od dziś nie będzie z niego wychodził, do póki Madi się nie obudzi. A jak już nigdy więcej nie będzie mógł z nią porozmawiać? To jego życie również się skończy.

~*~

- Co to znaczy, że cię zawiodłam? – zapytała słysząc, jak głos jej się załamuje. Zawsze chciała pokazać rodzicom, od jakiegoś czasy tylko matce, że jest gotowa na dorosłe życie i potrafi sama o siebie zadbać, a słowa, jakie przed sekundą usłyszała sprawiły, że niewidzialny miecz przebił serce Madeleine. A przecież miało być z kamienia.

- Pamiętasz, jak powiedziałam ci, że wszyscy chcę twojego dobra? – zapytała, na co dziewiętnastolatka pokiwała głową. – Nie postarałaś się nawet ich zrozumieć. Za każdym razem odtrącałaś pomoc Niall ‘a,  a na sam koniec odprawiłaś z kwitkiem chłopaka, któremu naprawdę na tobie zależy. – kontynuowała. Z każdym wypowiedzianym słowem na twarzy szatynki pojawiały się nowe łzy, nad którymi nie była w stanie zapanować. Wplotła palce w swoje długie włosy i zaczęła za nie z całej siły ciągnąć, upadając na kolana.

- Ty nic nie rozumiesz! – krzyknęła w końcu, podnosząc zapłakaną twarz w kierunku delikatnie uśmiechającej się mimo wszystko kobiety. – Oni też nic nie rozumieją! Ja .. Ja się zmieniłam. Już nie jestem tą samą Madeleine, co kiedyś. Teraz jestem zupełnie inna. Silniejsza, potrafię poradzić sobie ze wszystkim. – mówiła, jakby była w amoku, nawet nie zwracała uwagi na wypowiadane słowa, które samoistnie wychodziły z jej ust. Objęła się ramionami.

- Madi, ja wszystko rozumiem! Zawiedliśmy cię z tatą! Myśleliśmy tylko o sobie, zapominając po drodze o najważniejszej osobie w naszym życiu. – z każdym słowem podchodziła coraz bliżej swoje córki i już miała się do niej przytulić, kiedy nastolatka wystawiła przed siebie rękę z otwartą dłonią.

- Nie podchodź do mnie. – obrzuciła kobietę tak nienawistnym spojrzeniem, że ta aż postawiła krok do tyłu. – Nienawidzę was wszystkich. Ciebie, ojca, Niall ‘a, Zayn ‘a i wszystkich. Nikt nie potrafi zrozumieć, że ja mam pierdolone uczucia. I chociażby nie wiem, jak miała się starać, to się ich nie pozbędę! A wy wszyscy na każdym kroku depczecie po nich, jakby były kupą piachu, niczym więcej. Czymś bez znaczenia. Jedynie Louis, on naprawdę chciał mnie zrozumieć, a ja tak po prostu się na niego wypięłam. – jęknęła, pochylając się do przodu i zakrywając twarz dłońmi. Nie hamowała spazmatycznego szlochu, który co chwilę wydobywał się z jej ust. Ona musi coś zrobić, żeby go przeprosić. Nawet, jeśli miałaby to być ostatnia rzecz w jej gównianym życiu.

- Jeszcze nie jest za późno. – usłyszała delikatny głos kobiety, który przepełniony był niesamowitym smutkiem.

~*~

- Co z nią jest? – zapytał, wpadając na oddział, gdzie aktualnie przebywała szatynka. Popatrzył wyczekująco na Liam ‘a, który jako jedyny stał na korytarzu. Zdziwił się, kiedy nie zobaczył reszty przyjaciół. Wydawało mu się, że wszyscy tutaj przyjechali.

- Szukają cię. – mruknął w odpowiedzi chłopak. Szatyn popatrzył na niego z rezygnacją.

- Jestem dorosły, sam sobie potrafię pomóc. – warknął, po czym odwrócił wzrok w kierunku szyby, za którą leżała jego drobna Madeleine.

            Kiedy tylko ją zobaczył kolana natychmiast się pod nim ugięły. Leżała taka drobna, podpięta do tych wszystkich pikających urządzeń. Nie rozumiał nic z tego, co pokazują, ale nawet go to nie obchodziło. Liczyła się tylko dziewczyna, której kolor skóry niemalże zlewał się ze śnieżnobiałą, szpitalną pościelą. Poczuł, jak oczy pieką go od nadmiaru nagromadzonych w nich łez. Na twarzy szatynki znajdowały się pojedyncze zadrapania, a na lewym ramieniu widniał sporych rozmiarów gips. Miała również na sobie niezliczoną ilość siniaków i drobnych krwiaków. Oparł dłonie i czoło o szkło. To on powinien tam leżeć, a nie ona! Zacisnął pięści i powieki. Odwrócił się w kierunku zamyślonego przyjaciela. Przyglądał mu się z nieukrywaną ciekawością.

- Mogę do niej wejść? – zapytał cicho. W odpowiedzi Liam pokiwał mu tylko twierdząco głową i skrzyżował ramiona.

            Już na nic więcej nie czekał, tylko w tempie natychmiastowym znalazł się w niewielkim pomieszczeniu i usiadł na metalowym krzesełku. Nie hamował już słonej wody, która obficie spływała po jego zaróżowionych od biegu policzkach. Chwycił drobną, chłosną dłoń Madi w swoje, duże i ciepłe, po czym zaczął dotykać jej delikatnie ustami. Kilka sekund później rozłożył ją i przyłożył do swojej mokrej, również od potu, twarzy. Zaczął jeździć nią w dół i w górę, uśmiechając się do siebie delikatnie. Zachowywał się, jak prawdziwy szaleniec. Jednak to właśnie nim był. Ogłupiał z miłości do dziewczyny, która w każdym momencie może go opuścić.

- Walcz. – wyszeptał ledwo słyszalnie. – Zrób to dla mnie, dla siebie. – Każde słowo, wypowiedziane w przestrzeń raniło jego uszy. Zamknął oczy, kładąc głową obok ciała dziewczyny. Prawdziwy świat zaczął po woli mało go interesować, a już po chwili go opuścił. Nie wie, czy zemdlał, czy po prostu usnął, bo już nic potem nie pamięta.

sobota, 29 marca 2014

Chapter Fifteen: „It's over Madeleine Davies?”

Rozdział Piętnasty: “To już koniec Madeleine Davies?”

~*~

            Nie mogła uwierzyć, że osoba, której tak bardzo zaufała zawiodła ją kilkanaście godzin po tym, jak w pełni jej się oddała. Gdzieś w głębi serca nawet Madeleine potrzebowała miłości i liczyła, że to właśnie Louis będzie dla niej tym najważniejszym. Skręciła w wąska ulicę, która prowadziła prosto na miejsce wyścigu. Całą drogę tutaj z jej czekoladowych oczu ciekły łzy. Nie była w stanie ich powstrzymywać. Malik również miał w tym swój udział. Wtedy, kiedy siedzieli razem w kuchni i palili przyszło jej na myśl, że w cale nie jest taki beznadziejny, jak się na początku wydawało. Jeszcze nigdy (chociaż nie, raz mu się zdarzyło) nie prawił dziewczynie morałów. Madi wydawało się, że cała ta sprawa mu powiewa i czasami mogą normalnie porozmawiać, a tak naprawdę okazał się większym kretynem, niż Niall. Zatrzymała się i zdjęła kask. Na szczęście jeszcze nikogo nie było, więc spokojnie mogła postarać się zapanować nad swoimi emocjami. David miał stu procentową rację. Kiedy to wszystko się zaczynało płakała każdej nocy. Nie potrafiła sobie z niczym poradzić, chociaż mogło się tak wydawać. Właśnie wtedy w życiu Davies pojawili się chłopaki. Pamięta, jak zaczęła się ich przyjaźń. Cała trójka znalazła ją zaryczaną na ich polance w lesie.

Mullingar, 30 października 2010 roku

            Brązowowłosa dziewczyna siedziała pod jednym z drzew. Nie zwracała uwagi na to, że jest najprawdopodobniej po dwudziestej czwartej, z nieba leje się deszcz, a dookoła panuje straszne zimno. Miała na sobie tylko cienką, letnią bluzę, więc wszystkie ubrania były przemoknięte. Podniosła spojrzenie swoich zapuchniętych oczu, kiedy tylko usłyszała trzask łamanych gałęzi pod naporem czyichś stóp. Poprawiła ciężki, mokry kaptur, który opadł jej na oczy. Mimowolnie wzdrygnęła się, widząc wyłaniające się z głębi lasu trzy postacie. Z daleka oceniła, że są to mężczyźni. Nie poruszyła się jednak o milimetr. Od jakiegoś czasu wszystko było jej na tyle obojętne, że chyba nawet gwałt nie wywarłby w jej umyśle jakiegokolwiek znaczenia. Zdziwiła się, kiedy każdy z chłopaków usiadł dookoła niej.
- Co się stało? – zapytał jeden z nich, po krótkiej chwili, która panowała pomiędzy nimi. Madeleine westchnęła ciężko, nie wiedząc co powiedzieć.
- Życie jest do dupy. – powiedziała w końcu, ściskając mocniej ramiona wokół swoich nóg, gdy usłyszała ich ciche parsknięcie śmiechu. Nie powiem, zabolało ją to trochę.
- I taka małolata jak ty wie oczywiście o tym najwięcej. – zakpił drugi. Dziewczyna zacisnęła z całej siły wargi, powieki oraz dłonie w niewielkie pięści. Nie obchodziło jej to, że za chwilę paznokcie przebiją delikatną skórę. Już od jakiegoś czasu zauważył, że charakter zmienia jej się na bardziej butny, wybuchowy, wredny, uparty. Jednak piętnastolatce to odpowiadało.
- Nie znasz ani mnie, ani mojego życia. – powiedziała płaczliwie, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu.
- To opowiedz. – usłyszała głos trzeciego chłopaka. Podniosła głowę, mierząc ich wszystkich zdziwionym spojrzeniem. Wzruszyła tylko ramionami, widząc ich zachęcające wyrazy twarzy i postanowiła jednak powiedzieć im swoją historię.

Londyn, 5 października 2014 roku

            Potrząsnęła głową, słysząc warkot silnika. Na szybko przetarła po raz kolejny twarz dłońmi i odwróciła głowę w tamtym kierunku. Skrzywiła się nieznacznie, widząc zupełnie nieznanych ludzi. Zaczynają zjeżdżać się gapie, a to oznacza tylko jedno – wyścig coraz bliżej. Wzdrygnęła się na samą myśl o tym, że po raz kolejny będzie zmuszona oglądać ohydną gębę tego kretyna. Nie wiedząc, co ma zrobić, wyjęła z kieszeni telefon i zaczęła przeglądać bezsensownie jego zawartość. Jednak tak naprawdę chciała jakkolwiek zająć swoje myśli, które uporczywie dążyły do wspomnienia sprzed niecałej godziny.

Godzina dwudziesta trzecia, wyścig

            Po raz kolejny w życiu ustawiła się na linii startu nielegalnych wyścigów. Adrenalina już od jakiegoś czasu buzuje nieustannie w jej żyłach. Na nieszczęście z nieba sypie się delikatna mżawka, która na razie jeszcze nie stwarza jakiegoś wielkiego zagrożenia, ale Madeleine modli się w duchu, żeby nie rozpętała się jakaś burza. Zacisnęła zęby widząc, jak skąpo ubranie panny losują między sobą, która dzisiaj dostąpi zaszczytu opuszczenia czarno – białego materiału. Wywróciła oczami, widząc blondynką podskakującą na swoich wielkich szpilach. Nie rozumiała, jak można katować w czymś takim stopy. No, ale nie to jest teraz ważne. Wzięła głęboki oddech, gdy dziewczyna ustawiła się na samym środku pomiędzy nią a Daniells ‘em. Pochyliła się do przody, w momencie kiedy flaga powędrowała do góry. Wszyscy zaczęli odliczać. Dodała gazu i poczuła, jak tylna opona zaczyna delikatnie tańczyć na mokrym asfalcie. Wiedziała, że tak będzie, ale mimo wszystko dalej trwa przy teorii, iż dobrze wybrała. Zmrużyła oczy dokładnie obserwując powolne opadanie flagi, by po kilku sekundach zacząć rozpędzać swoją maszynę .

            Na początku jechała po woli, żeby przyzwyczaić się do warunków, panujących dookoła. Co prawda jeździła już dzisiaj w taką pogodę, ale kilka ostatnich godzin sprawiło, że zdążyła w minimalnym stopniu odzwyczaić się od takich warunków. Nie dała wyprzedzić się swojemu przeciwnikowi, zajeżdżając mu drogę z prawej strony po kilku przejechanych metrach. Dobrze wiedziała, jaki jest ten mężczyzna, więc znała większość jego sztuczek. Powstrzymała się od wybuchu śmiechu, ponieważ mogłoby to spowodować spadek z pozycji lidera. Przyspieszyła nieznacznie, kiedy adrenalina dodała jej pewności siebie. Była w stu procentach pewna, że nikt oprócz ich dwójki nie zna prawdziwego celu wyścigu. Wszyscy myślą, że to jest kolejny test dla Madeleine, czy nadaje się do ich towarzystwa. Głupcy.

            Nagle zaczęło jej coś nie pasować. To znaczy wszystko na zewnątrz  było niby w jak najlepszym porządku. Mark jechał kilka metrów za nią, właśnie mieli mijać pierwszy kilometr z ich czterokilometrowego odcinka, z nowym motorem nic się nie działo. Ta rzecz siedziała w niej. Przeczucia nie dawały za wygraną, kiedy usiłowała je zignorować. Przypominały o sobie coraz to nowymi wizjami, tego co może stać się za parę minut. Potrząsnęła jednak głową, żeby wyrzucić z umysłu niechciane przemyślenia, które w tym momencie są jak najbardziej zbędne, jeśli tylko chce zachować swój honor.

            Zbliżali się do mety i właśnie wtedy zaczęła się cała akcja. Daniells zatrzymał swój pojazd i obserwował poczynania swojej rywalki. Madeleine w ostatniej sekundzie poczuła, jak jej kierownica zaczyna robić, co chce, ale było już za późno. Wjechała na rozlaną benzynę. Zaczęła piszczeć, kiedy całkiem straciła panowanie nad pojazdem. Zasłoniła twarz rękami czując, jak zjeżdża po nierównym terenie prosto w sporych rozmiarów dołek. Chciała cokolwiek zrobić, ale nie było jej to dane, ponieważ usłyszała głośny huk, a zaraz potem maszyna, od której zdołała odpełznąć na kilka metrów wybuchła. Zasłoniła się rękami czując, jak pojedyncze odłamki trafiają prosto w nią, przecinając ubrania oraz delikatną skórę. Czuła gorąco, bijące od palącej się rzeczy. Jęknęła, unosząc się na rękach, jednak głowy nie była już w stanie podnieść. Nagle usłyszała nad sobą gardłowy śmiech. Dobrze wiedziała, kto to jest i właśnie dlatego po jej plecach przeszedł dreszcz strachu, pomieszanego z obrzydzeniem.

- Co Davies, naprawdę myślałaś, że uda ci się ze mną tak łatwo wygrać? – zakpił, podchodząc bliżej zmasakrowanego ciała dziewczyny tylko po to, żeby sprzedać szatynce mocnego 
kopniaka w żebra, przez którego znów opadła na mokrą trawę.

- Dalej, zabij mnie. Wszyscy wiemy, że po to przyjechałeś do Londynu. – wychrypiała. Daniells ledwo usłyszał jej głos z powodu kasku. Chłopak ukucnął przy niej, przyglądając się klatce piersiowej, która unosiła się i opadała nieregularnie za każdym razem biorąc urywany oddech, który może być tym ostatnim.

- Wiesz co, Madi? Trochę szkoda, że to już twój koniec, ale właśnie na taki sobie zasłużyłaś. – powiedział przyciszonym głosem, po czym odjechał, zostawiając ją samą.

            Madeleine po raz kolejny spróbowała się podnieść, żeby odejść jak najdalej od ognia, ale nie była w stanie się ruszyć, czując przeszywający ból w klatce piersiowej. Kutas na pewno połamał jej żebra. Poczuła, jak oczy zaczynają ją piec, a zaraz potem po policzkach spływają gorzkie łzy. Czy ona naprawdę jest tak głupia? Przecież mogła raz w życiu posłuchać kogoś, na kim jej zależy. Westchnęła ciężko, zamykając powieki. Umrze, to więcej jak pewne. Szkoda, że nie miała okazji przeprosić kilku osób, którym się to należy. Zacisnęła powieki, kiedy czarne plamy i wizje przeszłości zaczęły przewijać się w umyśle szatynki. To już jej definitywny koniec.

~*~

            Louis i Zayn wrócili do domu Niall ‘a. Ten pierwszy był wręcz załamany. Całą drogą myślał tylko o tym, co teraz dzieje się z Madeleine. Gdzieś w nim cały czas tliła się cicha nadzieja, że dziewczyna jednak zrezygnowała z tego pieprzonego wyścigu i wróci do niego. Teraz nie chciał już nic innego, jak przytulić do siebie wygadaną szatynkę. Zsiadł z motoru, zdjął z głowy kask i miał wsiadać do samochodu, ale w ostatnim momencie poczuł uścisk na ramieniu. Odwrócił się zrezygnowany w kierunku Malika, który z grymasem na twarzy wskazał gestem głowy wejście do domu blondyna. Szatyn bardzo dobrze wiedział, o co chodzi. Horan pewnie chciał wiedzieć, jak mają się sprawy z jego przyrodnią siostrą. Lou westchnął ciężko. Co miał powiedzieć, skoro tak naprawdę sam nie wiedział nic konkretnego. Jednak poszedł do salony, gdzie siedziała pozostała trójka z zespołu. Jego twarz nie wyrażała żadnego uczucia. Usiadł na fotelu, chowając twarz w dłoniach.

- Co z Madeleine? – od razu zapytał Liam. Chłopak nie wiedział, co ma teraz powiedzieć. W jego głowie cały czas widniała zupełna pustka. Nagle jego ciało opanowało straszne rozbawienie. Nie był w stanie powstrzymać głośnego śmiechu, przez co za chwilę zwijał się na fotelu. Wszyscy obdarzyli go zdziwionym spojrzeniem.

- Kurwa. – zaczął bardzo inteligentnie, usiłując się opanować. – Jakiś kutas powiedział Madeleine, że chce się ścigać, a ona się na to zgodziła, pomimo tego, że chce ją zabić. – powiedział, wzruszając ramionami, jakby ten fakt był mu zupełnie obojętny. – A najlepszy w tym całym gównie jest fakt, że ja się naprawdę w niej zakochałem i przez jakiś czas myślałem, iż ona również jest w stanie zakochać się we mnie. – dodał z goryczą, której trudno było  nie usłyszeć. Nagle poczuł, jak jego serce zalewa fala niewyjaśnionego cierpienia, jakby nagle stracił kogoś, na kim bardzo mu zależy. – Jestem, kurwa, żałosny. – skwitował samego siebie. W pewnym momencie poczuł wibracje w kieszeni. Wyjął z niej telefon, naciskając zieloną słuchawkę i włączając głośnik.

~ Proszę, proszę. Wygrała już, czy jeszcze nie? – zapytał, starając się opanować strach, jaki zapanował nad jego ciałem. Bał się tego, co może z chwilę nastąpić.

~ Zamknij ryja, Tomlinson! Po prostu przyjedź do największego szpitala w Londynie. – serce momentalnie zaprzestało swojej pracy, a świat przysłoniły czarne plamy. Wypuścił telefon, upadając na podłogę. Nie słyszał, jak przyjaciele nawołują jego imię, nie czuł już nic. Zemdlał.